11 i pół/2021 – REPORTAŻ Z KRAINY ABSURDU

„Mam Dość Tego”
Paweł Jarodzki

Prawie po 2 miesiącach ukazał się protokół z 10-go posiedzenia Rady Kultury. Czekaliśmy na odpowiedzi – na nasze i Grupy Kultura Wrocław – rekomendacje dotyczące kultury proponowane przez cały rok istnienia RK Prezydentowi Wrocławia. Pierwotnie te odpowiedzi padły podczas spotkania, ale Wydział Kultury się zmitygował, że trzeba jakoś je poprawić bo nie brzmią dobrze i postanowił napisać nowe. I na przykład udowodnić, że niepotrzebny jest program wspierania wydawnictw płytowych bo… pan dyrektor Pietraszek przecież wspiera wydanie płyt kolegów…. Tomasza Sikory. Więc, c`mon, o co ci chodzi, jest super.

Odpowiadam po raz kolejny: TRANSPARENTNY, RÓWNY I SYSTEMOWY program wspierania wydawnictw płytowych jest potrzebny niezależnie czy wydawane są płyty kolegów Jerzego Pietraszka, na przykład dyrektora NFM, czy kolegów Tomasza Sikory , Ireny Santor, Davida Gilmoura czy Mike`a Pattona. Swoją drogą zagadka logiczna: skoro obecny uznaniowy sposób przyznawania polega na tym, że dyrektor Pietraszek przyznaje środki na płyty kolegom Tomasza Sikory, to znaczy, że dyrektor Pietraszek jest kolegą Tomasza Sikory? Hmm… W każdym razie zachęcam wszystkich moich kolegów, koleżanki muzyków ale także tych wrocławskich muzyków, których nie znam, umawiajcie się z dyrektorem WK i wnioskujcie o dofinansowanie płyt.

Tak czy siak z protokołu wynika, że większość, o ile nie wszystkie rekomendacje Rady Kultury i Grupy Kultura Wrocław są:

a) już realizowane

b) nie mogą być realizowane

c) już zostały zrealizowane

dzięki temu na koniec pierwszego roku działalności Rady okazało się, że Rada Kultury jest niekompetentna bo sama nie wie co rekomenduje, a środowisko kultury nie wie czego chce, skoro wszystko o co postuluje już jest.

Na koniec mieliśmy akcent godnościowy to znaczy według miejskiego urzędnika od kultury ci wstrętni osobnicy ze społecznej strony Rady Kultury nie są godni prowadzić fanpejdża Rady (którego powstanie przegłosowaliśmy jakieś 3-4 spotkania temu). I dlatego cały czas jesteśmy tylko na portalu miejskim. O tu:

https://www.wroclaw.pl/dziesiate-posiedzenie-wroclawskiej…

dlaczego to wszystko brzmi jak ze skeczu Monty Pythona?

Bo to jest skecz Monty Pythona:

URZĘDNIK (John Cleese): (do kamery) Naprawdę lubię przeprowadzać rozmowy wstępne z kandydatami na kurs menadżerski.

Słychać pukanie do drzwi

URZĘDNIK: Proszę. Wchodzi Aspirant

URZĘDNIK: Niech pan siada.

Aspirant siada, urzędnik spogląda na niego, zapisuje coś na kartce.

URZĘDNIK: Mógłby pan na chwilkę wstać? (Aspirant wstaje) Niech pan siada.

ASPIRANT (Graham Chapman) : Słucham?

URZĘDNIK: Siadaj pan.

Siada, trochę zdezorientowany.

URZĘDNIK: Ah… (westchnięcie z dezaprobatą, zapisuje coś na kartce) Dzień dobry!

ASPIRANT: Dzień dobry.

URZĘDNIK: Dzień dobry (akcentuje silnie pierwszy wyraz)

ASPIRANT: (zdezorientowany) Dzień dobry…

Urzędnik z wyraźną dezaprobatą spogląda na Aspiranta i znowu coś zapisuje. Aspirant usiłuje zaglądnąć na kartkę, lecz Urzędnik zasłania ją ręką.

URZĘDNIK: Dlaczego powiedział pan dzień dobry skoro jest już popołudnie?

ASPIRANT: Pan powiedział dzień dobry.

URZĘDNIK: (kreci głową) Miłego Popołudnia.

ASPIRANT: Ah! (odzyskał pewność siebie) Miłego popołudnia.

URZĘDNIK: O rany! (znowu coś zapisuje)

URZĘDNIK: Dobry Wieczór.

ASPIRANT: (rozpaczliwie, siląc się na żart) Do widzenia?

URZĘDNIK: Ahahahahhahahah. Nie. (zapisuje)

Urzędnik podnosi dzwonek ze stołu i dzwoni nim. Po chwili stawia go z powrotem na stół i patrzy wyczekująco na Aspiranta

URZĘDNIK: Nie zapyta mnie pan czemu zadzwoniłem?

ASPIRANT: Czemu pan zadzwonił?

URZĘDNIK: A jak pan myśli? 5-4-3-2-1-0! (odlicza bardzo szybko i głośno)

ASPIRANT: Aah (usiłuje coś powiedzieć)

URZĘDNIK: Za poźno. (notuje coś na kartce)

Urzędnik podnosi dzwonek ze stołu i znowu nim dzwoni

URZĘDNIK: Dobranoc… dzyń dzyń dzyń.

ASPIRANT: (bardzo zdezorientowany) Czy to zapisy na kurs menadżerów?

URZĘDNIK: (przerywa dzwonienie) Tak.

URZĘDNIK: (znowu dzwoni) Dobranoc… dzyń dzyń.

ASPIRANT: Rany, chyba nie najlepiej mi idzie…

URZĘDNIK: Niby dlaczego?

ASPIRANT: No nie wiem.

URZĘDNIK: Mówi pan tak bo pan nie wie?

ASPIRANT: Nie wiem.

URZĘDNIK: (krzyczy, szybko odlicza) 5-4-3-2-1-0!

Zapisuje coś na kartce

URZĘDNIK: Dobra.

Podnosi otwarte dłonie do uszu (wnętrze dłoni na zewnątrz) i ryczy jak łoś ASPIRANT: Przykro mi ale nic nie kapuję.

URZĘDNIK: Jak pan myśli czemu to zrobiłem?

ASPIRANT: …Nie wiem.

URZĘDNIK: Ciekaw pan?

ASPIRANT: Tak.

URZĘDNIK: To proszę spytać… (szybko) Nazwisko?

Aspirant patrzy zdezorientowany na Urzędnika

URZĘDNIK: Pańskie nazwisko.

ASPIRANT: David.

URZĘDNIK: Na pewno?

ASPIRANT: Tak.

URZĘDNIK: (zapisuje) David Napewno…

ASPIRANT: Nie, Thomas!

URZĘDNIK: Thomas Napewno?

ASPIRANT: Nie! David Thomas.

Urzędnik patrzy zdegustowany i z dezaprobatą na Aspiranta. Bierze znowu dzwonek i dzwoni

URZĘDNIK: Dobranoc dzyń dzyń.

ASPIRANT: O rany, znowu…

URZĘDNIK: Dobranoc dzyń dzyń

ASPIRANT: Nie wiem jak zareagować!

URZĘDNIK: Zrób pan coć, dobranoc dzyń dzyń… 5-4-3-2-1…

Aspirant robi takiego łosia jak wcześniej Urzędnik

URZĘDNIK: Dobrze!

ASPIRANT: Dobrze?

URZĘDNIK: Doskonale, jeszcze raz!

Aspirant powtarza łosia

URZĘDNIK: Rzeczywiście doskonale… wyśmienicie…

URZĘDNIK: (w stronę drzwi) Jesteśmy gotowi.

Wchodzą cztery osoby w syberyjskich futrach.

URZĘDNIK: Dobra, jeszcze raz. Dobranoc dzyń dzyń dzyń…

Aspirant patrzy najpierw zdezorientowany, ale po chwili robi łosia. Osoby podnoszą kartki z ocenami : 6.7, 7.8, 8.9, 8.7 . Urzędnik patrzy na noty, sumuje i zapisuje

ASPIRANT: Co tu jest grane?

URZĘDNIK: Dostał pan świetne oceny.

ASPIRANT: (unosi się, wstaje) Nieważne! Chcę wiedzieć co tu jest grane, pan mnie z premedytacją upokarza, teraz stąd wyjdę i powiem policji co pan tu wyprawia z ludźmi i dopilnuję żeby tego panu zakazano. I co pan na to eeeh! co pan na to eeeh!?

Cztery osoby podnoszą znowu oceny : 7.9, 9.9, 9.8, 9.7

URZĘDNIK: (zapisuje) Bardzo dobre oceny!

ASPIRANT: Zostałem przyjęty?

URZĘDNIK: (śmiejąc się) Niestety nie, wolnych miejsc nie ma już od kilku tygodni!

Wszyscy wybuchają śmiechem, oczywiście oprócz Aspiranta

NAPIS: ODCINEK „OJ, PRZESTAŁEŚ BYĆ ZABAWNY” ZOSTAŁ WYMYŚLONY, NAPISANY I ODEGRANY PRZEZ…(LISTA PŁAC)*

*Tłumaczenie : Tomasz Beksiński

Skecz z Pierwszej Serii, Piątego Odcinka „Latającego Cyrku Monty Pythona”

#listyomieścieikulturze #listyomiescieikulturze

08/2021 – JAWNOŚĆ KOCHAM I (NIE)ROZUMIEM

„Ma być jawne, co jest krytem; co dalekie było – blisko „
Wernyhora, „Wesele” Stanisław Wyspiański

w liście z lutego:

https://www.facebook.com/tomasz.sikora.319/posts/10225455278755429

opisałem dość kuriozalną sytuację, w której znalazłem się jako członek Rady Kultury przy Prezydencie Wrocławia. W skrócie (więcej w linku powyżej):

wszyscy z nas zasiadający w Radzie musieli podpisać oświadczenie, w którym użyte jest ogólne pojęcie zachowania tajemnicy „informacji”, z którego z kolei wynika zasada odwrotna niż ta wyrażona w art. 61 naszej konstytucji tzn. radnym NIE WOLNO ujawniać żadnych informacji jakie uzyskali w związku pełnieniem funkcji radnego w czasie kadencji jak i po jej zakończeniu pod rygorem usunięcia z Rady. W związku z tym według tego oświadczenia oraz zarządzenia Prezydenta o powołaniu Rady, w którym znajdują się bliźniacze sformułowania, nie jesteśmy jako radni w stanie prawidłowo wypełniać swoich obowiązków bo albo nie realizujemy celu w jakim zostaliśmy powołani tj. bycia przedstawicielami strony społecznej w radzie doradzającej Prezydentowi, co oznacza m.in. wymianę informacji i konsultacje ze stroną społeczną, która nas wybrała albo naruszamy podpisane oświadczenie i w związku z tym – jak oświadczył w imieniu Prezydenta dyrektor Departamentu Spraw Społecznych, możemy zostać z tej Rady usunięci.

Będąc w głębokiej niezgodzie z takim stanem rzeczy postanowiłem się nie poddawać i:

1) zapytać jeszcze raz urzędników jak mam szczegółowo rozumieć pojęcie „informacji” i zachowania tajemnicy, ponieważ nie wiem o czym mogę wg tego oświadczenia publicznie mówić, a o czym nie

2) uzyskać opinie prawną w tym temacie

3) sprawdzić jak to jest w kilkunastu innych Radach Społecznych przy Prezydencie, czy ich również dotyczą podobne oświadczenia

wszystko Państwo możecie dokładnie zobaczycie na dole w skrinach z maili i pism, które otrzymałem ale pokrótce:

1) urzędnicy upierają się z uporem godnym lepszej sprawy, że w oświadczeniu li chodzi tylko o dane osobowe mimo tego, że sformułowanie jest wyraźne: członek Rady zobowiązany jest do „zachowania w tajemnicy informacji (w tym danych osobowych) uzyskanych w związku z pełnieniem funkcji członka Wrocławskiej Rady Kultury oraz sposobów zabezpieczania tych informacji (w szczególności zachowania w tajemnicy treści Polityki Ochrony Danych Osobowych i Bezpieczeństwa Informacji Urzędu Miejskiego Wrocławia). Obowiązek ten jest nieograniczony w czasie – trwa przez cały okres pełnienia funkcji członka Wrocławskiej Rady Kultury, jak również po zakończeniu pełnienia tej funkcji”

A więc, jakby to powiedzieć, samo oświadczenie nie dotyczy tylko danych osobowych ale urząd w załączonej niżej odpowiedzi twierdzi, że z oświadczeniem jest wszystko w porządku bo dotyczy… danych osobowych. Poza tym jawność jest gwarantowana przez protokoły z posiedzeń Rady. Doprawdy nie wiem jak to rozumieć, albo z jakiś powodów urzędnicy nie chcą przyznać, że chodzi o coś więcej, albo nie chcą przyznać się do błędu – ktoś tak to na samym początku niefortunnie sformułował i teraz niezręcznie się z tego wycofać.

2) opinia prawna, która uzyskałem dzięki uprzejmości Kancelarii Lassota i Partnerzy (wielkie dzięki!) , mimo tego, że dość ostrożna, nie zostawia suchej nitki na tym sformułowaniu, w sposób życzliwy prawnicy próbują też dociec (i podpowiedzieć urzędnikom) czy może po prostu chodziło o nieprecyzyjnie sformułowaną tajemnice przedsiębiorstwa ale jeśli nawet tak, to zarówno oświadczenie jak i zarządzenie powinny zostać zmienione czyli sprecyzowane bo naruszają porządek prawny, kłócą się z ustawowym prawem dostępu do informacji publicznej, są sprzeczne z regulaminem Rady Kultury i co najmniej wprowadzają w błąd i dezorientacje.

Odpowiedź urzędu jest wymijająca i właściwie jej istota, na ile ją rozumiem, brzmi tak: analiza prawna dotycząca sformułowania o zachowaniu tajemnicy (w tym danych osobowych) nie zmienia stanowiska urzędu wobec oświadczenia bo w oświadczeniu i zarządzeniu chodzi o… dane osobowe. Poza tym Prezydent wydał takie zarządzenie (w grudniu 2020) i basta. Nie będą mu tu żadni prawnicy ani konstytucja Polski mieszać planów i decyzji (to już oczywiście moje dopowiedzenie ale proszę mi wierzyć bardzo uzasadnione. „Nikt mi urzędu nie będzie urządzał” jak powiedział Prezydent Sutryk w głównym panelu Kongresu Kultury wściekły na jedną z uczestniczek debaty wyborczej do Rady Kultury – jak się okazało później członkinie Rady Kultury – która „śmiała” powiedzieć, że może we Wrocławiu przydałby się wiceprezydent od spraw kultury (oj przydałby się, przydał). Wg tej odpowiedzi wychodzi na to, że w oświeconej Republice Wrocławskiej to prezydent miasta stanowi prawo swoimi zarządzeniami i jak widać może ono stać w sprzeczności z prawem nadrzędnym.

3) na koniec zostawiłem rzecz najbardziej zadziwiającą. Otóż pomyślałem, że skoro we Wrocławiu jest kilkanaście a właściwie chyba już kilkadziesiąt Rad Społecznych przy Prezydencie, to przynajmniej te nowo powołane, a szczególnie te powołane po naszej Radzie Kultury, mają podobnie brzmiące oświadczenia. Może po prostu stało się to powszechnie obowiązującą praktyką i nowo wprowadzonym standardem.

Odpowiedź oficjalna urzędu jest zdumiewająca:

Otóż NIE, ŻADNA ALE TO ŻADNA z Rad przy Prezydencie Wrocławia nie ma podobnego oświadczenia. Ba, żadna też nie ma nawet oświadczenia o zachowaniu tajemnicy danych osobowych, które w przypadku Rady Kultury wydają się być oczkiem w głowie urzędu i zaklęciem powtarzanym przy każdej okazji. Dlaczego? Nie mam pojęcia, idąc tokiem tego jak argumentowali urzędnicy zasadność wprowadzenia takich oświadczeń w naszej Radzie rozumiem, że w takim razie na przykład Rada ds Przedsiębiorczości nie zajmuje się nigdy konkretnymi sprawami dotyczącymi konkretnych przedsiębiorców lub grup przedsiębiorców (dane osobowe), tylko rozmawia ogólnie dajmy na to o sytuacji makroekonomicznej Wrocławia w obliczu chińskiego ekspansjonizmu gospodarczego. Z kolei Rada Edukacji abstrakcyjnie rozmawia o stanie szkolnictwa w Polsce w odniesieniu do analfabetyzmu krajów mniej rozwiniętych ale nigdy o konkretnych przypadkach szkół czy innych jednostek edukacyjnych.

Jedynie ta nieszczęsna Rada Kultury ma dostęp do danych osobowych (zresztą których anonimizowanie jest tak naprawdę ustawowym obowiązkiem urzędu) oraz tajemnic strategicznych z dziedziny kultury, które musimy STRZEC DO KOŃCA SWOJEGO ŻYCIA. Swoją drogą przez 8 miesięcy działalności Rady mieliśmy do czynienia tylko 2 razy z danymi osobowymi, raz, przy okazji pisma złożonego na ręce Rady, drugi, przy okazji gdy jeden z członków wymienił nazwisko artysty, któremu miasto zapewniało socjalną pomoc. W tym drugim przypadku można było się obejść kompletnie bez podawania nazwiska bo rozmawialiśmy ogólnie o pomocy artystom. Tymczasem, właśnie to co napisałem w poprzednim zdaniu, paradoksalnie może być przyczyną relegowania mnie z rady za „złamanie tajemnicy informacji” Nie wiem nawet czy publikując oświadczenie nie łamię tej tajemnicy..Rozumieją Państwo absurd?

Cóż można jeszcze dodać, chyba tylko ogólną konkluzję. Jako, że dużo się ostatnio mówi w debacie publicznej o wolności słowa (przy okazji ustawy tzw „lex TVN”) oraz o wartościach takich jak wolność, praworządność, demokracja. (przy okazji rocznicy porozumień sierpniowych), z kolei samorządy na czele z Prezydentem Sutrykiem (Stowarzyszenie Dolny Śląsk Wspólna Sprawa) poruszają też problem transparentnego i jawnego podziału unijnych funduszy przez rząd centralny, patrząc na te deklaracje jestem naprawdę rozczarowany, że samorząd wrocławski, który wydaje się sprawę demokracji nieść na sztandarach zachowuje się w ten sposób w sprawach dotyczących zwykłych obywateli. Albo jest to hipokryzja albo cynizm. Może to też być brak kompetencji ale na to nie stawiam bo od kilku lat obserwuję podobne zachowania jako już utrwaloną i stosowaną metodę działania.

Niestety z demokracją, wolnością, praworządnością oraz prawem do informacji i jawności ma to mało wspólnego. Osobiście mam głębokie przekonanie i nie jest to tylko po prostu emocja i odczucie ale kilkuletnie doświadczenia aktywnego uczestnika wszelkich debat i procesów prób zmiany wrocławskiego systemu zarządzania kulturą, że to oświadczenie oraz cały sposób tłumaczenia i odwracania kota ogonem, i ten szczególny urzędniczy upór, mimo prawnych analiz oraz racjonalnych podstaw do jego zmiany, narusza w sposób rażący moje prawa obywatelskie i moją wolność do decydowania ale też swobodnego i odpowiedzialnego uczestnictwa w współdecydowaniu o losach wrocławskiej kultury jako reprezentanta strony społecznej wybranego w wyborach. W czasach kiedy dbałość o te wartości powinna być szczególnie istotna.

Jak napisał Alexis de Tocqueville w „Demokracji w Ameryce”:

„Społeczeństwa demokratyczne, które zagwarantowały obywatelom wolność polityczną powiększając jednocześnie despotyzm administracyjny, reprezentują bardzo osobliwy sposób myślenia. Uważa się tam, że obywatelom nie można powierzyć drobnych spraw, do których wystarcza zdrowy rozsądek”

#listyomieścieikulturze #listyomiescieikulturze

07/2021 – RÓŻEWICZ WYKLĘTY

Temat Żołnierzy Wyklętych czyli temat polskiego powojennego podziemia niepodległościowego i antykomunistycznego jest w dzisiejszej Polsce tematem niezwykle trudnym. Trudnym, bo jak wiele przejawów życia publicznego w Polsce stał się skrajnie zideologizowany, a często jest po prostu tematem dyżurnym z obszernego katalogu spraw, które służą raczej do walenia obuchem w głowę w przeciwników politycznych i oskarżania ich o najgorsze, niż rzeczowej debaty na tematy historyczne.

Doprawdy trudno mi zrozumieć włodarzy Wrocławia oraz Radę Miejską, którzy postanowili stanąć na pierwszej linii tego ideologicznego frontu. Jak niektórzy obserwujący życie Wrocławia wiedzą w maju odbyła się sesja Rady Miasta, na której Radni przegłosowali powstanie pomnika. Konkurs na jego projekt ogłoszono i rozstrzygnięto jeszcze w zeszłym roku, a sama sprawa jego budowy toczy się od co najmniej 2015 roku, kiedy powstał komitet jego budowy.

Na wspomnianej sesji w sprawie pomnika, odbyło się początkowo coś na kształt merytorycznej dyskusji, wymiana mniej lub bardziej sensownych argumentów przeciwko albo za budową pomnika. Zresztą taka debata, czasem rzeczowa, czasem mniej, toczy się w Polsce od lat, znane są historyczne źródła i fakty, znane są te chwalebne i jak zupełnie niechwalebne czyny antykomunistycznego podziemia. Niestety i w tym przypadku, jak prawie zawsze w tym temacie, dyskusja przekształciła się w awanturę. Pod koniec debaty miało miejsce wystąpienie (do odsłuchania poniżej) reprezentanta Prezydent Wrocławia Jacek Sutryk, dyrektora Wydziału Kultury Jerzego Pietraszka, który wdał się w polemikę z radnymi miasta z klubu prezydenckiego , którzy sprzeciwiali się budowie pomnika. Pominę tu zadziwiający ton tej „polemiki”, ton połajanki, postponowania i pogardy dla poglądów tych kilku radnych (przypominam – z klubu prezydenckiego), którzy zostali potraktowani przed dyrektora WK jak nieznośne uczniaki. W wypowiedzi przedstawiciela Prezydenta bowiem uderzyło mnie jeszcze coś innego. W pewnym momencie dyrektor Pietraszek mówi, coś co ma być jak rozumiem jednym z argumentów za budową pomnika i obaleniem wszystkich argumentów przeciwko jego powstaniu: „Oto w roku Tadeusza Różewicza, który uprawiał najgłębszą refleksję jaką można sobie wyobrazić na temat okresu powojennego, chciałbym prosić panów aby może sięgnąć do jego utworów. „

Doprawdy zmroziły mnie te słowa i dziwna logika stojąca za nimi. Co do Żołnierzy Wyklętych ma Tadeusza Różewicz i dlaczego jego postać staje się argumentem w dyskusji o pomniku im poświęconym. Różewicz walczył jak wiadomo w Armii Krajowej ale co AK i on ma do Wyklętych?

Niestety, rzeczywiście, w wydaniu wrocławskim może mieć niestety dużo. Projekt pomnika, jak można wyczytać z regulaminu konkursowego i gotowych już wizualizacji, zakłada upamiętnienie różnych formacji zbrojnych należący do katalogu Żołnierzy Wyklętych. Jednakże w kuriozalny i ahistoryczny sposób, autorzy konkursu do tego katalogu wkładają także Armię Krajową. Rozwiązaną przed końcem wojny. To jedna z wielu kontrowersji na temat budowy tego pomnika. Drugą jest umieszczenie na nim znaku Związku Jaszczurczego – formacji zbrojnej Narodowych Sił Zbrojnych. NZS będących konspiracyjną organizacją wojskową obozu narodowego w której prym wiedli działacze Obozu Narodowo-Radykalnego, politycznego ugrupowania przedwojennej Polski znanego z silnie wyrażanego antysemityzmu. Organizacji, z którą miał problem sam, wywołany – choć w zupełnie innym celu – przez dyrektora wrocławskiego Wydziału Kultury, Tadeusz Różewicz.

„Sienkiewicz w grobie się przewraca, jak słyszy, że bandziory z NSZ-tu imiona z jego książki biorą i tak się przedstawiają jako rycerze, na szyi ryngrafy z Matką Boską zamiast hitlerowskiej swastyki…”

czytamy słowa Tadeusza Różewicza w dramacie „Do piachu” pisanego kilkanaście lat (55-72), a będącego próbą demitologizacji niepodległościowego podziemia w czasie II wojny światowej. Dramatu brawurowo zekranizowanego w Teatrze Telewizji w roku 1990 przez Kazimierza Kutza. Dramatu, który wzbudzał głośny sprzeciw środowisk AK-owskich, a do dzisiaj jest argumentem prawicowych i skrajnie prawicowych środowisk do oskarżania Różewicza o sympatie do komunizmu i zdradę ideałów.

Tymczasem dramat Różewicza, odnosi się do jego autentycznego zaangażowania w walkę w Armii Krajowej. Walkę, która miała jeszcze jeden, długo przez Różewicza niewyrażany wprost kontekst. Jak napisała Bożena Keff w wybitnej książce „Strażnicy fatum”, Tadeusz Różewicz był Polakiem kulturowym, językowym, zapewne z wychowania i wyboru. Jednocześnie musiał wiedzieć, co to znaczy być Żydem w Polsce. Wiedział, że w warunkach wojny kwalifikował się jako Żyd na mocy ustaw norymberskich i nikt nie pytałby go o jego wybór i poczucie (…) W sensie ustaw norymberskich i pani Różewiczowa, i jej synowie jednoznacznie kwalifikowali się do transportu do obozu śmierci. Tadeusz Różewicz schronił się w oddziale partyzanckim AK, oczywiście jako Polak.”

Na ten kontekst zakamuflowanej obecności Zagłady w twórczości Różewicza zwraca też uwagę historyk literatury Tomasz Żukowski, w wydanej niedawno książce „Pod presją. Co mówią o Zagładzie ci, którym odbieramy głos”, w której analizuje autobiograficzne opowiadanie Różewicza „Drewniany karabin” wydane w 2002 na łamach wrocławskiej „Odry”. Rzecz dzieję się w czasie wojny w Radomsku, a szczegóły – imię bohatera, realia i wydarzenia – wskazują na młodego Różewicza. Bohater musi uciekać z miasta z powodu donosu: ktoś zaczyna mówić o jego żydowskim pochodzeniu i sprawa dociera do Niemców” – streszcza opowiadania Żukowski i dalej konstatuje: „Kontekst Zagłady – także zagrożenia ze strony polskich sąsiadów – pozwala zrozumieć strach narratora.” Odsyłam państwa do tej świetnej pozycji Żukowskiego i rozdziału poświęconego opowiadaniu Różewicza, w którym autor dekoduję postawę i losy wojenne i powojenne tego poety i prozaika na podstawie jego autobiograficznego opowiadania.

Wiemy już, że jednym z istotnych zagrożeń dla młodego Różewicza w czasie wojny było poczucie zagrożenia i denuncjacji jego pochodzenia. Zagrożenia nie stanowili tylko okupanci ale też swoi. W monografii o Różewiczu „Walka o oddech” Tadeusz Drewnowski opisuje zdarzenie dotyczące już tego jak Różewicz był w AK, a konkretnie oskarżenie o komunizm z powodu artykułu „Słowo o żołnierzu polskim” zmieszczonego w „Czynie Zbrojnym”:

„bezpośrednie dowództwo oddziału w tym sprowokowanym konflikcie i merytorycznie i personalnie stanęło po stronie podejrzanego. Uprzedzano go o ewentualnym wyroku, o grożących mu represjach. Wyglądało to poważnie. W pewnym momencie por. Zbigniew doradził mu natychmiastowe zniknięcie z oddziału”

Należy tu dodać, że wojna nie zmieniła stosunku obozu narodowego do Żydów. Niestety propaganda wydawanych przez NSZ pism w czasie wojny pokazuje, że antysemityzm był silnie utrwalony i utrwalany wśród Polaków sympatyzujących z NSZ, a działania niemieckich okupantów, z którymi konspiracyjnie walczyło NSZ, w przypadku nazistowskiej polityki antyżydowskiej trafiało na podatny grunt stosunku do Żydów obozu radykalnego i NSZ. Na przykład podziemne pismo „Placówka”, wydawane przez NSZ obok sztandarowego „Szańca”czy też adresowanych do różnych grup społecznych wojennej Polski: „Narodu i Wojska” i „Załogi”, tak opisuje w roku 1942 likwidacje getta w Lublinie:

„Ogół ludności polskiej patrzy na niemieckie zbrodnie bez wdzięczności, a raczej z uczuciem zgrozy, jaka musi towarzyszyć mordowaniu żywych istot ludzkich, dokonywanym nieomal jawnie, bez osłony murów i ciemności. W końcowym jednak wniosku wraz z potęgującym się antysemityzmem każdy nieomal stwierdza, że dla Polski korzystnym jest to co się stało”

Ta sama „Placówka” w 1941 w odpowiedzi na radiowe przemówienie Ignacego Szwarcbarda (jednego z przywódców syjonizmu w Polsce, w czasie wojny przedstawiciela Żydów w emigracyjnej Radzie Narodowej), który zacytował oświadczenie rządu londyńskiego, że po wojnie Żydzi będą równouprawnionymi obywatelami odpowiada:

„Naród Polski nie chce stosować żydowskiej zasady (oko za oko, ząb za ząb), choć krocie Żydów zasłużyły sobie na karę najwyższą, Naród Polski chce tylko pozbyć się Żydów na zawsze z Polski. Naród Polski nie pozwoli sobie wydrzeć jedynego plusu jaki przyniosła klęska obecna, a jakim jest pozbycie się Żydów…”

To propagandowe podglebie i jawny antysemicki, ale też wrogi do innych mniejszości narodowych stosunek NSZ, przyniósł zapewne moralną klęskę niektórych oddziałów Żołnierzy Wyklętych, wywodzących się formacyjnie i ideowo z NZS i Związku Jaszczurczego, w postaci mordów na żydowskich, białoruskich czy ukraińskich cywilach. Co nie znaczy oczywiście, że taki obraz należy przenosić na całe antykomunistyczne podziemie. Ale właśnie tu powinna zacząć się dyskusja i debata, uczciwa i zniuansowana dyskusja na temat sposobu i racji upamiętnienia. Osobiście uważam, że jakaś forma pomnika i upamiętniania podziemia antykomunistycznego jest potrzebna. Ale nie taka, nie teraz, nie w ten sposób przeprowadzona i nie w takim kontekście. Wrocław zasługuje naprawdę na coś więcej niż tylko przeprowadzonej, w sposób kojarzący się z ideologiczną wojną i ideowym waleniem młotkiem po głowie, budowy kolejnego miejsca upamiętnienia. Powstałego w sposób i z wykorzystaniem narracji, której nie powstydziła by się obecnie rządząca władza Prawa i Sprawiedliwości. Szkoda, że ta metoda, tak wprost jest kopiowana do demokratycznych i liberalnych samorządów. Językiem deprecjacji, zamykania dialogu, szantażu moralnego nie zbuduje się wiele. A na pewno ostatnią rzeczą jaka powinna się zdarzyć, jest próba brutalnego wrzucenia w sam środek nieuczciwego intelektualnie pola argumentacji, zmarłego 7 lat temu, polskiego poetę, dramaturga, prozaika i scenarzystę Tadeusza Różewicza. Zwłaszcza w stulecie jego urodzin.

Na koniec przytoczę zdanie, które pojawia się w końcówce wspomnianego wcześniej autobiograficznego opowiadania Różewicza „Drewniany karabin”. Niech ono będzie przesłaniem, poniekąd testamentem poety w tej sprawie, ale i przestrogą dla włodarzy Wrocławia, że obszar pamięci, upamiętniania, historii nie powinien być przedmiotem manipulacji politycznych bo staje się li tylko zwykłą „symboliczną przemocą”, a sprawa budowy pomnika Żołnierzy Wyklętych, powinna być wpierw szczegółowo i uczciwie przepracowana w wymiarze historycznym oraz moralnym. Oddajmy głos Tadeuszowi Różewiczowi:

„”Środowisko AK-owskie” miało Józkowi „za złe”, że był lewicowy i partyjny, ale to „środowisko” i mnie jeszcze teraz ma „za złe”, choć nie byłem w partii, w AL, ani w UB…, jak to o mnie plotkowano w kołach „kombatanckich”, wśród których pęta się coraz więcej rozmaitych NSZ-owców i zwykłych bałwanów… coraz mniej mają do powiedzenia prawdziwi AK-owcy. Za AK-kowców podają się często NSZ-owcy…, którzy zostali „wcieleni” do AK. Wprowadzili swój styl i popełniali często niegodne żołnierza polskiego czyny. AK miało co niemiara kłopotów z tymi „przefarbowanymi żołnierzami”… „Narodowych Sił Zbrojnych”.”

*

https://www.tuwroclaw.com/wiadomosci,to-juz-pewne-we-wroclawiu-powstanie-pomnik-zolnierzy-niezlomnych,wia5-3266-60055.html

#listyomieścieikulturze#listyomiescieikulturze

06/2021 – MILCZENIE NIE (ZAWSZE) JEST ZŁOTEM

„Ha, trudno, trzeba mówić, milczenie dusi”
Stanisław Ignacy Witkiewicz

Doprawdy trudno jest mi zrozumieć logikę, która stoi za tym, co zafundował sobie (i przy okazji nam) na półmetku swojej kadencji Prezydent Wrocławia Jacek Sutryk. Kompletne i zupełne milczenie w sprawie wyburzanego, a właściwie już wyburzonego zabytkowego basenu olimpijskiego staje się milczeniem symbolicznym i symptomatycznym. Można oczywiście przyjąć, że to wymowne milczenie jest milczeniem szlachetnym wręcz filozoficznym, milczeniem dialogicznym zawierającym się w sferze „wzajemnego bycia naprzeciw”, o którym pisał wielki filozof dialogu Martin Buber, milczeniem – dalej za Buberem – zakładającym zaangażowanie czyli „życiem z istoty”, milczeniem rozważanym jako fenomen szczególnie międzyludzki, a jeśli taki, to by znaczyło, że może ono być efektywną drogą do odsłonięcia tejże istoty.

Oczywiście, można by tak założyć ale patrząc jak Prezydent NIE-MILCZY w innych sprawach, patrząc jak jego główne kanały informacyjne, kanały kontaktu z mieszkańcami Wrocławia czyli media społecznościowe – na których pojawia się dzień w dzień co najmniej kilka postów – rozświetlają się, skrzą i buzują polubieniami, gifami, komentarzami, należy założyć, że milczenie prezydenta w sprawie wyburzonego zabytku nie jest buberowskim „życiem z istoty” ale tym co Buber nazywał „życiem z obrazu” czyli jest podporządkowane relacjom społecznym, które nie są nastawione na rzeczywistą dialogiczność tylko mają charakter pozorny i powierzchowny.

Zarówno oświadczenie Biura Prasowego Urzędu Miasta, jak i kilku zaangażowanych urzędników, skanujących cały czas gąszcz komentarzy pod postami Prezydenta, i próbujących tłumaczyć włodarza Wrocławia z tego milczenia, mówiąc niejako za niego: że miasto nic nie mogło, że prywatny teren, że miasto nie może się wtrącać, że to formalnie nie jest zabytek i tak dalej – nie może przysłonić nam jednego, bo choćby „wyszło tysiąc atletów” – cały czas: Prezydent milczy. Mimo petycji podpisanej przez kilka tysięcy wrocławian, mimo listów i apeli. Ba, w sobotę kiedy firma budowlana wynajęta przez dewelopera zaczęła pospiesznie wyburzać basen, mimo oficjalnych planów jego rozbiórki dopiero w lipcu, i kiedy zaniepokojeni mieszkańcy zaczęli o tym pisać na profilu Prezydenta, stało się coś gorszego. Prezydent nie tylko dalej milczał, ale i zaczął usuwać komentarze mieszkańców na ten temat…

Oczywiście tak, fakty są takie, że teren nie należy do miasta, tak jak i mnóstwo innych terenów na jego obszarze, Gmina Wrocław nie jest posiadaczem 100% działek leżących w jej granicach, działanie w celu zablokowania inwestycji przez UM są ograniczone, prawdą jest też, to, że miejscowy plan zagospodarowania pod tą inwestycje podjęła poprzednia Rada Miejska, a poprzedni prezydent był tego zwolennikiem. Ale to nie zmienia faktu, że jakieś narzędzia zablokowania kontrowersyjnej budowy (a przede wszystkim zniszczenia zabytku) były i teraz a Prezydent mógł ich użyć – kiedy kilka lat temu miano wyburzyć stare elewator na ulicy Rychtalskiej poprzedni prezydent osobiście interweniował u Dolnośląskiej Wojewódzkiej Konserwator Zabytków. Wyburzenie basenów to sprawa, w której grzech zaniechania obciąża kilka instytucji, a najpewniej głównie AWF. Nie zmienia to faktu, że Prezydent jest przede wszystkim Prezydentem Wrocławia biorącym odpowiedzialność za całe miasto, szczególnie wtedy, kiedy na jego terenie – obojętnie czy na działce Gminy, Skarbu Państwa, Kurii czy należącej do prywatnego właściciela – dzieje się coś, o czym MILCZEĆ NIE WOLNO…

PS

poniżej załączam stanowisko wrocławskiej Rady Kultury, która wystosowała kilka propozycji do Prezydenta, mam nadzieję, mimo tego, że jest już za późno, a basen jest zburzony, Prezydent podejmie dialog. W gruncie rzeczy jest to apel i prośba o przerwanie milczenia

Informacje w sprawie burzliwej historii inwestycji:

https://www.facebook.com/TUMWro/posts/4279260128806451

https://www.facebook.com/CzerwonaL…/posts/4427262503971775

https://www.facebook.com/Grupa.Stadion

#listyomieścieikulturze#listyomiescieikulturze

05/2021 – MOJA (WROCŁAWSKA) SCHIZOFRENICZNA RODZINA

W psychiatrii występuje termin „schizofreniczna rodzina”. Pojęcie to nie znaczy wprost, że to rodzina, w której żyją osoby chore na schizofrenię ale przede wszystkim określa pewien typ czy rodzaj relacji w niej panujący. Relacji opartych na zaburzonej komunikacji i sprzecznej atmosferze emocjonalnej. Krótko mówiąc i upraszczając, model zachowań panujące w takiej rodzinie może wyglądać na przykład tak, że rodzice komunikują jedno ale robią zupełnie co innego, przez co dziecko ma zaburzoną wizję rzeczywistości.

Mam wrażenie, że model „schizofrenicznej rodziny” został jako żywy przeniesiony na grunt relacji wrocławskich urzędników od kultury z samym środowiskiem kultury, a szerzej z mieszkańcami Wrocławia. Od wielu lat jesteśmy bowiem uczestnikami zdarzeń będących sprzecznościami. Pozornie na zewnątrz jest świetnie, włodarze prowadzą dialog, odbywają się konsultacje społeczne, rozmowy, spotkania, odbywa się Kongres Kultury, powstaje Rada Kultury, wzrasta entuzjastycznie zaangażowanie społeczne, po czym… po czym następuję kryzys spowodowany tym, że wspólne ustalenia i wypracowane modele nagle i z niewyjaśnionych powodów są zmieniane albo anulowane. To tak jakby w schizofrenicznej rodzinie rodzice wciąż powtarzali dziecku, że go kochają, dziecko im ufa, czuje się zaopiekowane i bezpieczne, po czym ni stąd ni zowąd tata daje dziecku solidnego klapsa albo co gorzej porządne lanie paskiem.

Niestety lista takich „schizofrenicznych” zachowań w relacji aktywni obywatele pragnący coś zrobić z kulturą we Wrocławiu a urząd miejski jest długa. Przypomnę, że rozmawiamy o modelu zarządzania kulturą, który – w porównaniu z innymi miastami – jest archaiczny, a aktywistom, ludziom zaangażowanym w zmiany, mającym nadzieję na nie, chodzi tylko o to aby system zarządzania był dostosowany do nowych partycypacyjnych i obywatelskich czasów i potrzeb, by był transparentny, jawny, nie było w nim uznaniowości, by był kompetentny, obiektywny, równy i szanujący wolność artystyczną. Tymczasem oto lista „schizofrenicznych” zachowań, z konieczności skompilowana w bloki, które można by tak naprawdę rozbić na bardzo cząstkowe i konkretne przypadki:

– Europejska Stolica Kultury

z jednej strony sukces miasta, przyznanie tytułu na podstawie konkretnego i bardzo nośnego społecznie i lokalnie (nastawionego na Wrocław i pracujących tu twórców) opracowanego przez zespół prof. Adama Chmielewskiego i prezentacji go przez artystów z Wrocławia

VERSUS

zmiana koncepcji, odsunięcie osób zdobywających tytuł dla miasta, ignorowanie lokalnych, wrocławskich artystów a co najmniej zapraszanie ich do udziału w sposób wybiórczy i według niezrozumiałego klucza, chaos i brak kompetencji (powołana ad hoc rada kuratorów, która się nie sprawdziła bo kompetencjami nie ogarnęła całego pola wrocławskiej kultury zwłaszcza tej pozainstytucjonalnej) skutkujący opuszczeniem Wrocławia przez wielu artystów i ludzi zaangażowanych i ucieszonych tym tytułem

– Proces uspołeczniania kultury

rozpoczęty w czasie kampanii prezydenckiej Jacka Sutryka, dający wiele nadziei środowisku zdruzgotanemu po okresie ESK, rozmowy, setki, rozmów, powstanie Grupy Kultura Wrocław, deklaracja (przy naciskach środowiska) powstania Rady Kultury, ustalenie z Urzędem Miejskim zarysu procedury bardziej obiektywnego i opartego na ewaluacji procesu wyboru lub przedłużania umów dyrektorom instytucji kultury

VERSUS

co najmniej dyskusyjne przejrzystość procedury wyboru operatora GKW, zignorowanie wymienionej procedury, niepublikowanie miesiącami notatki ze spotkania w tym temacie, niejawność, unikanie odpowiedzialności, w końcu ZIGNOROWANIE wielu wypracowanych i przegłosowanych przez środowisko punktów regulaminu Rady Kultury, odgórna i uznaniowa zmiana regulaminu przez zarządzenie prezydenta, bez wyjaśnień i konsultacji zmian przeprowadzonych pod stołem przez tajemniczego legislatora

– Kongres Kultury

(najjaśniejszy – mimo pandemii – moment w całym tym wieloletnim procesie) dający nadzieję, to z jednej strony sukces środowiska, które mimo wcześniejszych przeciwności i kłód rzucanych przez Urząd, zaciskało zęby coraz bardziej, Kongres Kultury, zrobiony we współpracy ze SKW, przy zaangażowaniu niektórych urzędników, ale też przy totalnej pracy społecznej dużej części środowiska

VERSUS

najistotniejszy panel, w którym wziął udział Prezydent Sutryk i jego akolici, zamieniony w połajankę i pouczanie strony społecznej czyli obywateli i ich miejsca w szeregu w miejskiej hierarchii, określenia w rodzaju „nie będzie mi nikt urzędu urządzał” albo wściekłość Prezydenta na sugestię jednej z kandydatek do Rady Kultury o możliwości wyznaczenia wiceprezydenta ds Kultury przejdą do historii tego jak nie prowadzić dialogu, mina i reakcja wiceprezydentki Warszawy na ten spektakl udawanej omnipotencji i braku otwartości na krytyczne uwagi bezcenna, z drugiej strony uświadamiająca zaangażowanym wrocławianom smutną prawdę i miejsce w szeregu

– Rada Kultury

niewątpliwy sukces i pozornie rzeczywiste oddanie przez UM i Prezydenta częściowych „prerogatyw” stronie społecznej, 8 osób wybranych w wyborach przez obywateli Wrocławia, wielka nadzieja środowiska

VERSUS

częściowo konfliktogenny skład RK ze strony prezydenckiej, ale przede wszystkim ocierający się o łamanie konstytucji tryb powołania rady, czyli zarządzenie i oświadczenie do podpisu przez jej członków, nie występujące w żadnej innej z kilkunastu rad społecznych przy Prezydencie, kuriozalny zapis o „zachowaniu tajemnicy informacji” do końca życia, łamiący wszystkie standardy jawności ale też próbujący kneblować usta radnych uniemożliwiając im otwarty kontakt ze środowiskiem

– Polityka informacyjna i zarządzanie kulturą

niezliczone deklaracje o dostępności Wydziału Kultury, deklaracja jawnego działania konkursowego, tysiące postów i filmików Prezydenta, deklaracja pomocy artystom w pandemii poprzez Program Inicjatyw Społecznych, sprawa BWA czyli deklaracja urzędu, ze Pałac Hatzfeldów nigdy nigdy nie zostanie sprzedany i będzie służył działaniom kulturalnym

VERSUS

ciągła niedostępność urzędników od kultury (albo dostępność dla wybranych), praktycznie żadnej polityki informacyjnej co do działań urzędu w tych sprawach, ciągła uznaniowość w finansowaniu niektórych zadań i projektów (na przykład brak programu wydawniczego wydawnictw muzycznych mimo wydawania przez WK średnio 200 tys rocznie na ten cel bez żadnego trybu i procedur, przyznanie ad hoc 1 miliona złotych jednemu ze spektakli w Operze), niewielka, właściwie promilowa liczba relacji Prezydenta, które dotyczyłyby wprost i promowały kulturę i sztukę, program pomocy artystom w pandemii sprowadzający się do zwiększenia puli stypendiów i niewielkiego funduszu na interwencyjny zakup dzieł sztuki od artystów wizualnych, brak sektorowego, z podziałem na dziedziny sztuki kompleksowego programu pomocy muzykom, aktorom, artystom performatywnym, itp., wystawienie na sprzedaż Pałacu Hatzfeldów i niejasny, odłożony w czasie status przyszłej siedziby BWA

i dużo, dużo więcej…

W tym „schizofrenicznym: schemacie naprawdę zasadne jest pytanie zadane przez dziennikarkę czasopisma Glissando w nagłówku i poniższym artykule pytanie „Po co prezydentowi Wrocławia partycypacja?”. Po tylu latach osobistego zaangażowania i społecznej pracy na rzecz lepszego zarządzania kulturą, naprawę też tego nie wiem.

http://glissando.pl/aktualnosci/przypadek_rkw/

http://glissando.pl/…/po-co-prezydentowi-wroclawia…/

A może po co Wrocławiowi w ogóle kultura? Tak, tak wiem, ona się dzieję, jest wpisana w krwioobieg miasta, z tym nie polemizuję, mamy sprawne instytucje kultury, teatry, kina, galerie, wciąż wielu wybitnych artystów, którzy tu mieszkają, sprawnych organizatorów, są też przecież tacy, którzy nie podzielają naszego krytycznego stanowiska i są z obecnego status quo zadowoleni. To wszystko jest ale jak to w schizofrenicznej rodzinie jest to pozór, udawanie, ponieważ istnieje albo tylko siłą rozpędu i zaangażowania, a nie w sposób systemowy, często dzieje się wbrew albo pomimo działaniom urzędników, a dla miasta z kulturalnymi aspiracjami i myślącym o przyszłości to za mało. Powinna liczyć się wizja i pójście od przodu, wyprzedzenie swoich czasów, również w dziedzinie albo przede wszystkim, zarządzania kulturą. Sterowanie ręczne, niejawne, pod stołem – jak to się dzieje często i dalej we Wrocławiu przy jednoczesnej deklaracji partycypacji i współuczestnictwa jest w tym właśnie schizogenną sytuacją.

Dlaczego tak się dzieję?

Myślę, że symbolicznie i symptomatycznie na ten temat mówi nam przykład postawy i odpowiedzi jednego z urzędników Wydziału Kultury na szereg poważnych spraw przedstawianych w artykule w Glissando. Otóż według tej polemiki, winnym tego stanu rzeczy ma być tylko i wyłącznie strona społeczna, na tym się koncentruje w swojej polemice urzędnik i tego próbuje dowieść, strona społeczna, artyści są dla niego niczym awanturujący się klienci w komediach Barei, to PRL-owski schemat, w którym osoba ubiegająca się o swoje prawa, poprawę i zabiegająca o normalność, jest osobą niepożądaną i wprowadzającą zamieszanie w ten pozorny, wizerunkowy i schizofreniczny „kulturalny RAJ na ziemi” – bo przecież wszystko jest dobrze, wszystko jest super, tak każe myśleć o tej wrocławskiej rzeczywistości wymyślone na potrzeby propagandy sukcesu urzędnicze imaginarium. „Tak robiliśmy przez lata, proszę państwa, i wiemy, że to działa” – jak powiedział pewien wysoki rangą urzędnik od kultury co właściwie znaczy: „Nie mamy pana płaszcza i co pan nam zrobi?”

Ale mnie uderza i zdumiewa coś jeszcze, co jest już groźne samo w sobie – urzędnik piszący o stronie społecznej nieprawdę, manipulujący wypowiedzią i operujący pomówieniem: „Obecnie przedstawiciel strony społecznej we Wrocławskiej Radzie Kultury mówił wtedy o końcu dialogu, paleniu opon, rzucaniu kamieniami i śrubami w urzędników, a także postulował przyjście do Urzędu (Wydziału Kultury) z agresywnymi psami.”

Te słowa świadczą o najwyższym stopniu pełnego rozdwojenia w temacie kultury panującego we wrocławskim urzędzie bo:

albo urzędnik doskonale wie co miał na myśli artysta mówiący w określonym kontekście, sytuacji i w duchu pewnej „licentia poetica”, nieprecyzyjnie przytacza powyższe słowa i cynicznie wykorzystuje tę wypowiedź aby oczernić, postponować i zdewaluować stronę społeczną

albo nie rozumie tych słów czyli nie rozumie sztuki i artystów w ogóle.

Nie wiem co gorsze, wiem jedno: to przygnębiający przykład instytucjonalnej „schizofrenii” naszej wrocławskiej rodziny.

#listyomieścieikulturze #listyomiescieikulturze #akcjakultura

CHAOS cz.2

Jak niespójne i chaotyczne potrafi być zarządzanie kulturą we Wrocławiu, możemy zaobserwować na przykładzie budzącej zainteresowanie i ciągnącej się już od kilku miesięcy sprawy połączenie dwóch instytucji: marszałkowskiego Dolnośląskiego Centrum Kultury i miejskiej Strefy Kultury Wrocław. Otóż okazuję się, że wbrew wcześniejszym deklaracjom do takiej fuzji (która miała się odbyć 1 maja albo 1 czerwca), póki co nie dojdzie. Co więcej w międzyczasie nieistotny stał się też jej oficjalnie główny powód. Podczas gdy urzędnicy miejscy twierdzili, że:

„Powodem połączenia jest sytuacja finansowa DCF, która według sprawozdań finansowych tej instytucji nie jest dobra. Ma to oczywisty związek z pandemią oraz ogólną sytuacją branży kinowej w związku z COVID19.”

teraz w momencie pojawienia się szansy zostania Kina Nowe Horyzonty w dotychczasowym miejscu ten czynnik przestał grać rolę a najistotniejsze jest zupełnie coś innego. Naszym zdaniem to o czym napisał na twitterze dyrektor Departamentu Spraw Społecznych, czyli de facto zapewnienie KNH miejsc kinowych, od początku było głównym powodem pomysłu fuzji, a wymieniane podczas posiedzenia Rady Kultury inne powody były nieistotne i stanowiły tylko zasłonę dymną dla rzeczywistych intencji urzędników. Co więcej fuzja skutkowałaby pomniejszeniem łącznej liczby miejsc kinowych dla prezentacji ambitnego kina oraz prawdopodobną redukcje etatów.

Od początku apelujemy o transparentną i jawną politykę informacyjną urzędu w sprawach kultury inaczej takich niejasnych spraw będzie przybywać a chaos komunikacyjny pogłębiać. Dopóki sprawy załatwione będą nieoficjalnie, pod stołem, niejawnie, w ukryciu przed opinią publiczną, decyzje urzędników będą wyglądać na niezrozumiałe i niespójne. Podobnie zresztą było w przypadku BWA, kiedy to decydenci długo zapewniali o tym, że na pewno, na 100% Pałac Hatzfeldów nie zostanie sprzedany. Jak to się skończyło wiemy

Link do artykułu:

https://wroclaw.naszemiasto.pl/zerwanie…/ar/c13-8276726

Link do protokołu Rady Kultury:

https://www.wroclaw.pl/czwarte-posiedzenie-wroclawskiej…

04/2021 -PARTYCYPACJA

Tym razem polecę państwu najnowszy numer Glissando, magazynu o muzyce współczesnej w całości poświęcony różnym aspektom partycypacji. W artykule Kasi Jaroch „Od DIY do DIT. Kształtowanie polityki kulturalnej miast” pojawia się między innymi opis procesu uspołecznienia kultury we Wrocławiu z naszej, to znaczy Akcja Kultura perspektywy. W gruncie rzeczy nasz pomysł jest dość prosty i sprowadza się do jednej zasadniczej rzeczy, która ogólnie brzmi: jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć B, a w szczególe: nie ma prawdziwego uspołeczniania czy tez partycypacji bez transparentności. Z tym jak wiemy – mimo kontynuacji procesu – bywa różnie. Na przykład na samym początku powstania Rady Kultury, która miała być nowym rozdziałem wrocławskiego uspołeczniania, jej praca została spętana przez niejasne i ocierające się o niekonstytucyjność zarządzenie o „zachowaniu tajemnic”. Niestety też mimo wieloletniego zwracania na to uwagi przez stronę społeczną, dalej wiele decyzji wrocławskich urzędników jest uznaniowa i całkowicie nietransparentna.

Wklejam tylko niewielki fragment z artykułu, ale w całym znajdziecie więcej też o sprawie BWA i MWW i o tym jak Urząd Miasta rozumie partycypacje i dlaczego tak naprawdę jej nie rozumie. Cały artykuł jak i po prostu nowy numer Glissanda polecam serdecznie Państwa uwadze 🙂

#listyomieścieikulturze #listyomiescieikulturze #akcjakultura

03/2021 – POLITYKA WARTOŚCI

Bardzo mnie cieszy poniższy wywiad Prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka, który przy okazji opowieści o nowej sile politycznej samorządowców z Dolnego Śląska czyli Stowarzyszeniu „Dolny Śląsk – Wspólna Sprawa”, używa takich pojęć jak „wartości”, „ideowość” i „obywatelskość” ale także konkretnie „transparentność”. Mówi też, że boi się „uznaniowości decyzji władz centralnych” oraz rozumie, że „trzeba mieć odwagę do wyrażenia pewnych rzeczy ale są i takie dolnośląskie samorządy, które boją się władzy centralnej w obawie, że nie dostaną środków albo nie zostaną uwzględnione przy podziale unijnych środków”

Cieszy mnie to bo właśnie – proszę mi pozwolić na porównanie przez analogię – w naszym kulturalnym wrocławskim „mikrokosmosie” jest podobnie i mamy potężny deficyt tych wartości, a nieformalna grupa etosowa czyli Akcja Kultura, którą mam zaszczyt współtworzyć z zacnymi i odważnymi osobami, jest przede wszystkim grupą postulującą wprowadzenie #8zasad takich jak: konsultacje, wolność, jawność, kompetencja, odpowiedzialność, obiektywizm, równość, dostępność. Kilka razy zostaliśmy przez Pańskich urzędników zganieni, że nasze wnioski są czystą demagogią, ale jak rozumiem Pan tak nie uważa, skoro odnosi się w swojej działalności politycznej do tych samych wartości. A w tym temacie we Wrocławiu jest jeszcze wiele do zrobienia: jawność i transparentność procedur, ucieczka z zaklętego kręgu „dziekiej uznaniowości”, polityka informacyjna i dostępność do informacji, przesadne reakcje na konstruktywną krytykę, brak zmian systemowych i tkwienie w przestarzałym systemie, w którym obywatel jest petentem, uporczywa propaganda sukcesu, ogólna przemoc symboliczna powodująca ogólne zniechęcenie środowisk artystycznych, a w efekcie wyjazd artystów z miasta i wiele wiele innych.

Także, Panie Prezydencie, przy okazji tworzenia nowego ruchu, a tak naprawdę politycznej siły, która ma – jak rozumiem – wygrać następne wybory samorządowe, a być może i inne, proszę nie zapominać o środowiskach czy grupach społecznych, które może nie mają takiej politycznej siły przekładającej się na głosy tysiąca wyborców (choć kto wie) ale przede wszystkim wyznają te same wartości. Naprawdę rozbudził Pan we mnie ponownie nadzieję, podobną jak ta w 2018 roku, nadzieję, że polityka samorządowa ma polegać przede wszystkim na obywatelskości, a nie na czystym pragmatyzmie. Może jestem naiwny w swoich oczekiwaniach (choć jeśli to jest naiwność, to po wczorajszej Pańskiej deklaracji jest nas już dwóch), to jednak mam nadzieję i ciągle w to wierzę, że o to może chodzić w polityce – to znaczy nie tylko o przejmowanie władzy pod pewnymi hasłami odnoszącymi się do demokratycznych wartości i idei, ale również o uczciwe intelektualnie i moralnie ale przede wszystkim RZECZYWISTE wprowadzanie tych wartości w życie.

#listyomieścieikulturze#listyomiescieikulturze

02/2021 – OBYWATEL BEZ WYBORU

Tak jak kilka dni temu media nie miały wyboru, tak okazało się, że jako członek wrocławskiej Rady Kultury też go właściwie nie mam. Aby dalej uczestniczyć w obradach Rady Kultury i w ogóle pozostać w niej, musiałem podpisać rodzące dużo wątpliwości oświadczenie o zachowaniu tajemnicy (w tym danych osobowych). Inaczej – co zostało zakomunikowane wprost – osoby, które miały wątpliwości i nie chciały go podpisać, zostałyby odwołane z Rady, a Prezydent powołałby kogoś innego z szerokiej listy kandydatów społecznych. Co jest nie tak z tym oświadczeniem?

Po PIERWSZE odłóżmy sprawę danych osobowych, co do których nie mam żadnych wątpliwości, a które jesteśmy według ustawy zobowiązani chronić jak wszyscy obywatele RP. Choć ich zabezpieczeniem powinien zajmować się urząd ergo jako członkowie RK, powinniśmy dostawać dokumenty już zanonimizowane, choć wiadomo – możemy w posiadanie takich danych osobowych wejść nawet przypadkowo. Tu nie ma sporu – musimy strzec wszelkich danych osobowych.

Po DRUGIE – co to jest tak naprawdę „tajemnica informacji” w kontekście jawności życia publicznego samorządu. Mimo wielu próśb urzędnicy w żaden sposób nie wyjaśnili czym tak naprawdę jest pojecie „tajemnicy informacji”, jakiego rodzaju to informacje i czego dotyczą. Rozumiem, że według polskiego prawa tajne informacje to te, których „nieuprawnione ujawnienie spowodowałoby lub mogłoby spowodować szkody dla Rzeczypospolitej Polskiej albo byłoby z punktu widzenia jej interesów niekorzystne.”. Ale jak rozumiem za zabezpieczenie takich informacji są odpowiedzialni urzędnicy, ergo jako członkowie Rady Kultury w ogóle nie powinniśmy z takimi informacjami mieć do czynienia i nie możemy dostawać ich w jakiejkolwiek formie. Jako członkowie Rady NIE JESTEŚMY szczególnie uprzywilejowani, nie jesteśmy też pracownikami urzędu czyli po prostu jesteśmy takimi samymi obywatelami jak inny mieszkańcy Wrocławia czy szerzej Polski, a przekazanie nam tego rodzaju informacji stanowiłoby złamanie prawa przez urząd. Nie wiemy też dlaczego Rada Kultury miałaby być szczególnie uprzywilejowania do zapoznawania się z „informacjami tajnymi”, skoro żadna inna Rada Społeczna przy Prezydencie Wrocławia, nie składała takich oświadczeń.

Po TRZECIE – przyjrzyjmy się konstytucji, według opinii prawnych wspomniane oświadczenia mogą stać w sprzeczności z konstytucyjną zasadą zasadą jawności działalności organów władzy publicznej.

Zgodnie z art. 61 Konstytucji RP

„1. Obywatel ma prawo do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne. Prawo to obejmuje również uzyskiwanie informacji o działalności organów samorządu gospodarczego i zawodowego, a także innych osób oraz jednostek organizacyjnych w zakresie, w jakim wykonują one zadania władzy publicznej i gospodarują mieniem komunalnym lub majątkiem Skarbu Państwa.

2. Prawo do uzyskiwania informacji obejmuje dostęp do dokumentów oraz wstęp na posiedzenia kolegialnych organów władzy publicznej pochodzących z powszechnych wyborów, z możliwością rejestracji dźwięku lub obrazu.

3. Ograniczenie prawa, o którym mowa w ust. 1 i 2, może nastąpić wyłącznie ze względu na określone w ustawach ochronę wolności i praw innych osób i podmiotów gospodarczych oraz ochronę porządku publicznego, bezpieczeństwa lub ważnego interesu gospodarczego państwa.

4. Tryb udzielania informacji, o których mowa w ust. 1 i 2, określają ustawy, a w odniesieniu do Sejmu i Senatu ich regulaminy.”

Czyli jawność działania organów samorządu terytorialnego obejmuje w szczególności prawo obywateli do uzyskiwania informacji, wstępu na sesje organów i posiedzenia ich komisji, a także dostępu do dokumentów wynikających z wykonywania zadań publicznych, w tym protokołów posiedzeń organów gminy, powiatu i województwa oraz komisji rad gminy, powiatu i sejmiku województwa. Wynika z tego, że Rada Kultury zajmująca się szeroko pojętą kulturą w obrębie samorządu, powinna działać jawnie i transparentnie. Co też zgadza z postulatami, z którymi Akcja Kultura startowała do wyborów do Rady podczas Kongresu Kultury, a której #8zasad mówi m.in. o zasadach konsultacji, jawności czy obiektywizmu.

Podsumowując, takie oświadczenia, niestety odwołujące się też do zarządzenia Prezydenta o powołaniu Rady (w którym te punkty o zachowaniu tajemnicy są niestety wpisane), tworzą niebezpieczny precedens. Otóż na ciało, które – przypomnę – w większej części było wybrane w unikalny jak na nasz kraj sposób, czyli ponad połowa Rady ma mandat społeczny tzn. została wybrana przez obywateli Wrocławia w lokalnych wyborach, nakłada się obowiązek zachowania bliżej nie sprecyzowanych tajemnic i nieujawniania ich tym samym obywatelom, którzy wybrali większą część rady…

Treść tych oświadczeń oczywiście był przedmiotem dyskusji na 3 pierwszych posiedzeniach Rady, protokoły z nich można przeczytać tutaj:

https://www.wroclaw.pl/wroclawska-rada-kultury

Odnosząc się do ostatniego z nich CHCIAŁBYM WYRAZIĆ MÓJ WIELKI OBYWATELSKI SMUTEK na ten temat, w moim przekonaniu Rada nie jest ani jakąś szczególną rada mędrców, którzy za zamkniętymi drzwiami radzą tajemnie o losie wrocławskiej kultury, ani też komisją obrony narodowej, w której omawiane są ważliwe z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego sprawy. Rada Kultury, a na pewno jej społeczna część, nie jest też tylko po to by służyć radą Prezydentowi Wrocławia (choć nominalnie Prezydent do tego celu powołuje Radę), ale też – co wynika z jej hydrydowego charakteru przyjętego i uzgodnionego w czasie kilkuletniego procesu i przyjętej UMOWY SPOŁECZNEJ między tzw. stroną społeczną a urzędem, a w który to proces była zaangażowana ta część społeczności obywatelskiej Wrocławia, której leżą na sercu losy wrocławskiej kultury, a sam proces zwieńczony był Kongresem Kultury oraz wyborami 8 członków Rady przez obywateli Wrocławia. Patrząc z perspektywy tego procesu, toczącego się z inicjatywy nowego Prezydenta Wrocławia ale też przy wysokim zaangażowaniu i przy udziale strony społecznej, Rada ma też POWINNOŚCI I OBOWIĄZKI wobec właśnie tych obywateli, którzy przy całkiem niezłej frekwencji wybrali jej część. A jednymi z powierzonych w wyborczym zaufaniu obowiązków radnych była właśnie jawność i transparentność.

Byłoby dobrze dla wrocławskiej kultury, jej uspołeczniania, a przede wszystkim dla jakości demokracji w ogóle, aby ta jawność i transparentność działań i pracy Rady Kultury były w pełni zagwarantowane.

#listyomieścieikulturze#listyomiescieikulturze

01/2021 – MWW

jest piątek, piąteczek, piątunio a mnie na poważnie zastanawia odpowiedź na takie pytania:

CZY WE WROCŁAWIU BYŁOBY MOŻLIWE OPAKOWANIE RATUSZA PRZEZ CHRISTO?

CZY WE WROCŁAWIU MÓGŁBY TWORZYĆ BANKSY?

CZY AKCJONIŚCI WIEDEŃSCY MOGLIBY ZOSTAĆ WROCŁAWSKIMI?

Odpowiedź brzmi „nie” bo wszyscy oni mniej lub bardziej stosowali czy stosują w swoich pracach subwersje (czyli przesunięcie znaczeń, operujące takimi metodami i strategiami działania jak interwencje w przestrzeni publicznej, przestrzeni społecznej czyli te wszystkie metody określające sztukę krytyczną), a to jak napisała kandydatka (oprócz niej był tylko jeden kandydat) – a według nieoficjalnych informacji przyszła dyrektorka Muzeum Współczesnego Wrocław – w swojej koncepcji programowej:

„(…)zgoda na subwersje w sztuce – pozwala zauważyć, że nie służą one ani nauce, ani sztuce, ani samemu człowiekowi.” oraz „wolno rzec, iż w sztuce wszystko jest dozwolone, lecz wolno też zauważyć, że nie wszystko, co się w jej obszarze dzieje, pozostaje pożyteczne”

(więcej cytatów na koniec i w załączonym poście).

a teraz pytania społeczno-kulturowo-polityczne:

Czy MWW czeka los warszawskiego Zamku Ujazdowskiego bis, tylko na terenie demokratycznego i liberalnego samorządu Wrocławia?

Czy we Wrocławiu mamy do czynienia z „rewolucją konserwatywną” w kulturze?

Czy Wrocław stawia na konserwatywną a zatem hierarchiczną i biurokratycznie zinstytucjonalizowaną kulturę?

Czy w ogóle leci z nami pilot tzn. czym tak naprawdę ma być kultura i sztuka we Wrocławiu?

Jeśli taki jest trend, niech decydenci po prostu nam to powiedzą, będzie mniejsze zdziwienie kiedy Teatr Współczesny zacznie grać tylko farsy, Teatr Muzyczny Capitol stanie się na powrót Operetką Wrocławską, impresariat Impartu będzie zapraszał na występy tylko kabarety, Klub muzyczny „Firlej” zostanie po prostu tylko domem kultury, a NFM zacznie grać tylko Wagnera….

#listyomieścieikulturze#listyomiescieikulturze

PS

Cytaty z koncepcji programowej:

„Zła sztuka, choćby podana w jak najbardziej niezwykłym, wysmakowanym opakowaniu, pozostaje zła. Jej apologetyka, podobnie jak jej przemilczanie, skutkuje zamętem. Cóż ludzkości z głupiej sztuki? Albo dosadniej: z czegoś, co tylko udaje sztukę?Zła sztuka, choćby podana w jak najbardziej niezwykłym. „

„Należy dodać, że o ile chaos w dziele wypowiedzianym za pomocą jakiegokolwiek medium potrafi poświadczyć wolność sztuki, o tyle wolność sztuki jest wartością pod warunkiem, że broni się przed chaosem.”

„. Wymaga powrotu do tematu wartości, do kategorii aksjologii, etyki i estetyki w sztuce. I nie chodzi tu o negowanie estetyk wykraczających poza kategorie ładności. Chodzi o powrót do korzeni refleksji o sztuce. Nie musi ona bowiem być uwolniona ani od iluzji, ani od brzydoty, ale czy nie powinna być wolna od kłamstwa prawdziwości, w tym kłamstwa prawdziwości iluzji oraz brzydoty? Tak bardzo dziś popularne subwersywne myślenie sytuuje sens myślenia poza nim samym. Ono faktycznie w żadnym razie nie zaburza kategorii logiki – problem w tym, że potrafi je świetnie udawać. Umyka ukierunkowanemu znaczeniu, przyczyniając się do potęgowania chaosu. W nim ginie i sztuka, i historia… i człowiek.”

„. Bez zadawania sobie pytania o to, czym sztuka jest, w pewnym sensie zajmujemy się wszystkim. A to oznacza, że niewykluczone, iż zajmujemy się niczym. Może dzisiaj trzeba zadawać pytanie nie tylko o to, co jest sztuką, ale co się nią okazało?”

cała dostępna tutaj:

https://bip.um.wroc.pl/attachments/download/95389